Pasmo Czarnochory – Hoverla, ale jednak Petros

wpis w: Świat, Ukraina | 1

Ten wpis to opowieść o tym, jak chcieliśmy zdobyć Hoverlę, ale weszliśmy niechcący na Petrosa…

W maju 2018 roku wybraliśmy się na Ukrainę. Cel – Hoverla – najwyższy szczyt, leżący w paśmie górskim Czarnochory. Jak wszystkie nasze wyprawy, rozpoczęliśmy się od znalezienia miejsca na mapie, które będzie naszym celem, a następnie drogi, aby tam się dostać. W pierwszej kolejności kupiliśmy mapę pasma Czarnochory, aby zorientować się z jakich miejscowości i jakimi szlakami można wejść na Hoverlę. Przed każdą naszą podróżą Patrycja kupuje zestaw mapa + przewodnik, który staje się podstawą do planowania drogi i wyboru miejsc do zwiedzenia czy noclegu.

Po szybkim zapoznaniu się z mapą i znalezieniu kilku punktów docelowych obraliśmy, jak się później okazało, bardzo ambitną trasę wędrówki:
miejscowość Jasina – szczyt Hoverla – szczyt Stoh (granica z Rumunią)miejscowość Rachów. Trasa z dwoma noclegami w pobliżu szczytów idealnie wpasowała się w 3 dniową wędrówkę, którą sobie od początku zakładaliśmy.
Ci którzy jadą w te góry po raz pierwszy nie są świadomi, ale my i Ci którzy już tam byli wiedzą, że 3 dni to trzeba przeznaczyć na samo wejście na najwyższy szczyt Czarnochory. Mapy są niedokładne, oznaczeń szlaków to nie ma co szukać, a ścieżki czasem znikają po czym ponownie się pojawiają.
Ale zacznijmy od początku…

Szczecin – Lwów

Na wstępie powiem, że mieliśmy wszystko zaplanowane praktycznie co do godziny – przejazdy, przesiadki, noclegi, rezerwacje w Lwowskiej operze itp.
Podróż rozpoczęliśmy pociągiem PKP ze Szczecina do Przemyśla. Byliśmy w trójkę – razem z naszą przyjaciółką Elą – lecz mimo to nie udało nam się kupić biletów z miejscami leżącymi. Bilety kupujemy zawsze 30 dni przed, aby otrzymać 30% zniżki – dla nie-studentów to całkiem spora ulga, ale wolnych miejsc już nie było.
Po 16 godzinach podróży dojechaliśmy na miejsce. W Przemyślu wystarczyło wyjść przed dworzec na przystanek autobusowy, z którego odjeżdżają busy do Medyki – najpopularniejszego pieszego przejścia granicznego z UA. Obok znajduje się kantor w którym wymieniliśmy złotówki na Hrywny (UAH).
Polecamy wymianę gotówki, szczególnie gdy jedziecie w wiejskie tereny. Płatność kartą jest możliwa zazwyczaj w dużych miejscowościach.
Podróż trwa ok. 25 minut, busy zwykle odjeżdżają po wypełnieniu, a u kierowcy trzeba zostawić 2 zł. (Przejazd do granicy taksówką to koszt ok. 50-60 zł). Przejście piesze jest praktycznie bezproblemowe, jeśli posiada się paszport Unii Europejskiej i nie ma wielu chętnych. My, na nasze nieszczęście, zorganizowaliśmy sobie majówkę na Ukrainie, także spotkał nas widok 100 m kolejki, po 10 osób w rzędzie. Czysty dramacik. W pierwszej chwili pomyśleliśmy sobie, że trzeba było się zdecydować na opcję wyjazdu samochodem, jednak auta czekały od 8 do 12 godzin na granicy.

Mieszkańcy Unii Europejskiej nie potrzebują wizy, aby się dostać na teren Ukrainy, także dla Polaków przypadku podróży turystycznych na Ukrainę, obowiązuje ruch bezwizowy. Należy mieć przy sobie paszport. Na Ukrainę nie można się dostać na dowód osobisty.

Po dość krótkiej chwili zorientowaliśmy się, że obok tłumu Ukraińców znajduje się druga kolejka. Po prawej stronie (przy skarpie i następnie murze) jest wejście dla członków UE. Szybko wrócił dobry humor i w miarę sprawnie dostaliśmy się do odprawy paszportowej. Nie wiem czy byłem przejęty, czy strażnicy zza szyby mówili cicho i niewyraźnie, ale nie mogłem zrozumieć w jakim języku mówią. Na szczęście po ich gestach wiedziałem czego chcą i po chwili byliśmy po drugiej stronie.
Bardzo zadowoleni, że jako członkowie Unii przeszliśmy przez granicę w 30 min, jednocześnie się zastanawiając ile godzin muszą tam jeszcze czekać Ukraińcy.
Do pociągu we Lwowie mieliśmy całe 4 godziny, także spokojnie poszliśmy w kierunku ulicy, aby znaleźć marszrutkę.

Niespodziewanie zastała nas potężna kolejka, jeszcze większa niż przed przejściem po stronie Polski. Okazało się, że czeka nas jeszcze jedna, tym razem ukraińska odprawa…
Był wielki skwar, 30 stopni w cieniu, którego nawet tam nie było, zero wiatru, a przed nami wszyscy – Ci z kolejki ukraińskiej i tej dla UE. Czekania nie było końca, kolejka jakby się nie kończyła. Niektórym puszczały nerwy, gdy inni próbowali przejść bokiem, aby nie czekać. Sami widzieliśmy kilku cwaniaczków, którzy wciskali się na przodzie kolejki.
Po godzinie czekania zaczęliśmy się denerwować, że czas ucieka, a my zrobiliśmy ledwo kilka kroków. Dodarło do nas, że razem z nami chyba pół polski jedzie na majówkę. Jakby było mało, po pewnym czasie Ela wpadła na głupi pomysł zastanowienia się czy przypadkiem na UA nie zmienia się strefa czasowa… w sekundę z niecałych trzech godzin zrobiły się niecałe 2 godziny! Pojawiła się lekka panika, że nie zdążymy na pociąg.. we Lwowie… 100 km stąd, a my jedziemy tam pierwszy raz. No cóż, przygoda!

Nasza kolej, odprawa. Udało się! wybiegliśmy z budynku z nadzieją, że jakimś cudem zdążymy na pociąg, który odjeżdża za 1 godz. i 15 min.
W pierwszej kolejności zaczepił nas kierowca i mówi, że zawiezie nas do Lwowa za 150 zł. Początkowo chcieliśmy przystanąć na ofertę, jednak bardzo śpieszący się Pan rzucił “tam będą tańsze”. Niewiele myśląc ruszyliśmy za nim na główną drogę na bezdechu wymieniając kilka zdań, z których wynikło że jedzie w naszym kierunku.
W tym momencie poznaliśmy urok Ukrainy: Pan.. umięśniony mężczyzna – bysior – 1,9 m, wytatuowany od pasa aż po głowę, wybiega na środek drogi krzycząc do okolicznych ludzi, kto zawiezie do Lwowa. Dało się zauważyć strach w oczach polskich kierowców. Kiedy jeden Ukrainiec oznajmił, że może nas zawieźć, nastała chwila negocjacji między kierowcą, a Panem, który okazał się naszym zbawieniem. Dostaliśmy propozycję złożenia się na transport po 200 AUH ~ 25 zł od osoby. Wsiedliśmy do starego Lanosa. Kierowca oznajmił nam, że “z tyłu pasu się niezapinaju” i ruszyliśmy w drogę. W oparach zapachu spalonego sprzęgła i ukropu, który atakował nas z nieba jechaliśmy wpatrzeni w okna z przemyśleniami co to właśnie się wydarzyło…
Myślę, że to co się stało to jakiś wielki kredyt szczęścia, który kiedyś przyjdzie nam spłacić. Zrozumiałem, że ceny na Ukrainie są wyjątkowo niskie oraz że Ukraińcy wykorzystują okazje jak słyszą klientów mówiących po polsku. Trzeba uważać i się targować.

Dla osób lubiących mniej ekstremalne rozwiązania: Po ukraińskiej stronie wsiadamy do marszrutki, która zatrzymuje się w po drodze w kilkunastu małych miejscowościach i wioskach i w 1,5 – 2h dowozi pasażerów pod dworzec centralny we Lwowie . Przejazd w jedną stronę to wydatek rzędu 40 hrywien ~ 5,2 zł.

Okazało się, że nasz towarzysz ma na imię Nytsy – serdecznie Cię pozdrawiamy – dzięki za wielką pomoc.
Nytsy odprowadził nas na dworzec, pokazał gdzie stoi nasz pociągi i życzył powodzenia, widząc na nasze “prigody” i wiedząc co nas czeka. Pociąg odjechał po 4 min po naszym wejściu…  Od tej pory prigoda to było słowo klucz.

Lwów – Jasina

Herbata w kultowych szklankach. Kto takich nie miał?

Na miejsce wyjścia na Hoverle wybraliśmy miejscowość Jasinia (Yasinya), z której według mapy, wychodzi szlak na szczyt.
Pociąg, za który zapłaciliśmy 76 UAH ~ 9,88 zł/os. z wykupioną pościelą i herbatą w cenie wiózł nas do Jasiny. Pociąg jeździ 2 razy dziennie. Na dzień i na noc.
Bilet kupiliśmy online – 2 tygodnie przed podróżą zostało ostatnich 8 biletów na ten pociąg, także udało nam się rzutem na taśmę.
Była to długa, siedmiogodzinna podróż w gorącym i dusznym wagonie z miejscami do leżenia. Zmęczeni po podróży z Polski i nerwach na granicy próbowaliśmy wyspać się z nadzieją, że czas szybko zleci. Średnia prędkość pociągu ok. 50 km/h była wynikiem stanu torowiska, co dało się odczuć, gdy wagon wpadał w turbulencje – pierwszy raz w życiu myślałem, że spadnę z leżanki.

Jasina, godz. 23:18 czasu lokalnego. Czyli dla nas już po północy, po 48 godzinach podróży. Szukamy noclegu z jedyną wskazówką, że jest to fioletowy dom przy starej poczcie.
Jak to mówią, koniec języka za przewodnika, więc Ela, nasz czarny koń z 3 letnim doświadczeniem języka rosyjskiego w szkole średniej, podchodzi do przechodniów i się pyta: “gdzie jest stara poczta?” …

Otrzymując informacje, nomen omen zrozumiałą dla wszystkich, udaliśmy się do pensjonatu, który znaleźliśmy na Booking.com.
We wszystkich pensjonatach i hotelach w których byliśmy na Ukrainie musieliśmy płacić gotówką – nie było możliwości wpłaty online z góry. Booking czasem pobierał opłatę sprawdzającą płynność kartę po czym ją zwracał na konto.
Panujące warunki bardzo nas zaskoczyły, standard pokoju lepszy niż w niejednym polskim pensjonacie, a znajdowaliśmy się w Jasini – wiosce, gdzie centrum tworzy przestanek autobusowy (2 stanowiska) i sklep samoobsługowy. Mieliśmy do dyspozycji łazienkę, telewizor, Wi-Fi, gniazdka przy każdym łóżku i śniadanie, a to wszystko w cenie 1000 UAH ~ 43 zł/os./noc. Zmęczeni prigodami poszliśmy spać.

Jasinia – “Hovela” czyli Petros | Pierwszy dzień wędrówki

Rankiem, po przygotowanym przez właścicielkę pensjonatu pożywnym śniadaniu, rozdzieliliśmy części namiotu na 3 plecaki i wybraliśmy się w trasę. Odziani w okulary przeciwsłoneczne, krótkie trekingowe spodnie oraz zapas t-shirtów rozpoczęliśmy majową prigodę. Zaraz po wyjściu przed budynek ukazało nam się piękne, wielkie i… zaśnieżone pasmo górskie. Okazało się, że tego dnia odeszła zima, opady deszczu i rozpoczął się pierwszy ciepły dzień. Dotarło do nas, że coś nad nami czuwa.
Ruszyliśmy z miasta na północ, gdzie według mapy za zakrętem powinniśmy przejść mostem nad rzeką i minąć tory kolejowe. Po chwili znaleźliśmy się na moście z widokiem na wielki wiadukt kolejowy. To tu! idziemy.
Dla upewnienia, spytaliśmy przechodnia czy dojdziemy tą drogą na Hoverlę. Po potwierdzeniu ruszyliśmy przed siebie.

Droga z Jasini prowadziła przez utwardzony trakt – dojazd do przydrożnych posesji oraz kościoła. Spotkaliśmy także lokalny sklepik w którym obsługująca nas starsza Pani zliczała zakupy na liczydle. Można tutaj zapomnieć o paragonach, tym bardziej płatności kartą. Widok liczydła zapadł mi w pamięci do dzisiaj .

Po kilku godzinach marszu zaskoczył nas dźwięk motocykli. Okazało się, że dogonili nas panowie na kładach, takich dużych – czteroosobowych z klatką bezpieczeństwa. Zapytani o nasze miejsce docelowe odpowiedzieli: “My drogi nie znaju, my testuju maszynu” i zaproponowali podwózkę. A co, prigoda!

Panowie po kilkuset metrach zawrócili, ale mimo wszystko zaoszczędziliśmy dobre 30 min marszu. Po kolejnych kilkunastu, przy braku widocznych szlaków, pojawiło się u nas zwątpienie czy aby na pewno dobrze idziemy. Z jednej strony droga wyglądająca jak rozjechany dojazd do lasu, z drugiej strony to Ukraina po której można spodziewać się wszystkiego, na dodatek pojawiła się altanka, jakby dla turystów, a z na przeciwka szedł mężczyzna z plecakiem turystycznym. Aby mieć pewność, wbiegłem na górę wzdłuż której szliśmy. Na jej szczycie, moim oczom ukazała się wielki zaśnieżony szczyt, którego z drogi nie widać przez las i wzniesienia. Idziemy. W pewnym momencie skończyła się droga, a przed nami ukazał się strumień, za którym widoczna była ścieżka. Jednak już inna, żwirowa, utwardzona, a nie jak do tej pory rozjechana przez ciągniki. Tak jakby łączyły się tutaj dwa światy.


Ruszając w dalszą drogę spotkaliśmy młodego człowieka idącego z małym plecakiem z przytroczonym śpiworem, który wracał z Petrosa.
Sprawdziliśmy na mapie, że jest to góra mniej więcej w tym samym kierunku, więc pewnie niedługo będzie jakiś rozstaj dróg. Przeszliśmy koło ruin drewnianej chaty, a następnie koło budynku, na którym nadal widniały ceny, czyli zapewne jakiś stary sklepik w którym turyści mogli kupić prowiant podczas wędrówki. Nadzieja wróciła, niestety nie na długo, bo po chwili nie było, ani rozstaju dróg, ani zaznaczonych szlaków, ani dalszej ścieżki. Wzdłuż strumienia widoczny był ślad opony cross’a, za którym podążyliśmy. Droga zaczęła robić się coraz bardziej stroma i gęściej zarośnięta przez iglaki. Ślad magicznie zniknął, a my stanęliśmy w miejscu, którego nie potrafiliśmy zorientować na mapie. Ruszyliśmy więc pod górę, wzdłuż strumienia, przeprawiając się raz po raz z jednej strony na drugą . Dotarło do nas, że się zgubiliśmy, ale nikt tego nie powiedział głośno. Gałązki drzew ocierały się o nas, zostawiając ślady oraz podrapania na rękach i twarzy. Dziewczyn dopadł pierwszy kryzys – każdemu w głowie rodziły się nowe pomysły – ale nikt nic nie mówił, aby nie wsadzić kija w mrowisko.

Po 15 min przedzierania się straciłem siłę i nadzieję. Usiedliśmy i wpatrując się w mapę próbowaliśmy zrozumieć co zrobiliśmy źle. Patrycja, jak to ona, wyciągnęła telefon i włączyła mapy Google, nie myśląc o tym, że potrzebują one internetu, aby pokazać teren. Ku naszemu zdziwieniu, po włączeniu lokalizacji na ekranie załadowała się mapa i miejsce w którym się znajdowaliśmy. Trochę szok, trochę zdumienie – ale kto by pomyślał że to zadziała?!
Z mapy wynikało, że znajdujemy się nieopodal polany, która stała się naszym celem.

Na Ukrainie roaming jest bardzo drogi ~ 30 zł / 1 mb transferu. Należy uważać z transmisją danych. W dużych miastach dostępne jest Wi-Fi.

Po dotarciu na polanę ukazał nam się nam cudowny widok. Z jednej strony panorama na doliny, a po drugiej grań naszej góry – tam na pewno musi być Hoverla! Rozbiliśmy w tym miejscu obozowisko zastanawiając się nad dalszą nasza wędrówką. Zrozumieliśmy, że nasz plan jest nieosiągalny, musimy zmienić trasę wędrówki lub zawrócić. W tym momencie słowo prigoda, zaczęliśmy zastępować stwierdzeniem życie zweryfikuje.
Przy rozpalonym ognisku nabraliśmy sił, zjedliśmy ciepły posiłek, a widok horyzontu i zachodzącego słońca wywołał w nas wzrost endorfin. Dodatkowo weszliśmy w warstwę, gdzie zaczynał się śnieg. Na karimacie przyniosłem nieco białego puchu, który posłużył nam za lodówkę na wędliny i napoje. Siedząc przy ogniu i patrząc na mapę, postanowiliśmy że nazajutrz wejdziemy na szczyt, z którego udamy się dalej granią i nieco wcześniej zejdziemy w stronę miejscowości Kvasy, chociaż pewnie życie to i tak zweryfikuje.


Jasinia – “Hovela” czyli Petros | Drugi dzień wędrówki

Pogoda była piękna, błękit, słońce od rana dawało przyjemne ciepło, a czekające nas podejście wydawało się jakby lżejsze. Na polanie zatrzymali się inni turyści, co utwierdziło nas, że jesteśmy w dobrym miejscu. Nie widzieliśmy jednak żadnej ścieżki, więc mijając opuszczoną wioskę pasterzy i znajdujące się na niej terenie luzaki, rozpoczęliśmy podejście w poprzek grani, aby najkrótszą drogą dostać się na płaskowyż. Wejście było tak strome, że musieliśmy trzymać się rękoma mchu i krzewin, aby plecak nie przeciążył nas w drugą stronę. Podczas wejścia ratowały nas strumienie zimnej wody z topniejącego powyżej śniegu, do którego po dłuższej męczarni doszliśmy. Nie znając drogi, próbowaliśmy obejść 1,5 warstwę białego puchu, jednak szybko do nas dotarło, że to widziana z Jasiny cała góra w śniegu. Wdrapaliśmy się na powierzchnię, co jakiś czas wpadając nogą po pas w śnieg.


Weszliśmy! Zmęczeni przeprawą, ale bardzo szczęśliwi widząc na płaskim odcinku odciśnięte ślady butów. Było tak ciepło, że szedłem w krótkich spodniach i koszulce, ale jednocześnie otaczały nas masy zmarzniętego śniegu w które chciało się aż wejść boso… i tak zrobiliśmy; weszliśmy na bosaka w śnieg, aby mieć pamiątkę z tej prigody. Szliśmy dalej i dalej, warstwa śniegu została za nami, a szczytu nie było widać. Panujący gorąc i podejście wysysały z nas energię i wodę. W pewnym momencie nasze butelki stały się puste, a pragnienie się nasilało. Idąc granią nie było co się spodziewać strumienia, lekki kryzys.
Co jakiś czas pojawiały się połacie śniegu, z których wykopywaliśmy gołymi rękoma śnieg, aby nabić nim butelki. Rozpuszczony śnieg smakował okropnie.
Wędrówka granią nie miała końca, każde wzniesienie wydawało się szczytem, na którym było widać kolejne wzniesienie i kolejne, aż w końcu, po godzinie marszu, ukazała się Hoverla! Widok nas zaszokował, wręcz staliśmy zamurowani, nie wierząc że to prawda. Widniejąca przed nami Hoverla, była szczytem obok… oddzielona wielką doliną, w linii prostej na oko jakieś 8 km.


Howerla – najwyższy szczyt Beskidów – 2 061 m n.p.m.

W tym momencie wszystko zrozumieliśmy. Zrozumieliśmy, że weszliśmy w złą dolinę, że turysta z plecakiem rzeczywiście schodził z Petrosa, a my zgubiliśmy drogę musząc później przecinać grań w pionie. No i że mapy są bardzo poglądowe.
Na szczęście, jednocześnie na końcu naszej ścieżki było widać szczyt z kapliczką i krzyżem – Petros.

Weszliśmy na Petrosa, niechcący, nieplanowanie, ale jesteśmy. Razem z nami kilka grupek turystów z plecakami, karimatami, namiotami i całym sprzętem górskim, co utwierdziło nas, że tych gór nie da się zdobyć w jeden dzień. W przeciwieństwie do polskich szczytów, które się zdobywa jednego dnia, tutaj trzeba wejść z namiotem i spędzić jedną (lub więcej) noc pod gołym niebem.

Na terenie Ukrainy rozbicie namiotu jest legalne w dowolnym miejscu. Wyjątkiem są parki krajobrazowe, jednak nie obejmują one dużej części gór. W górach, co pewien czas, znajdują się stare lub rzadko używane chatki pasterskie, w których w ostateczności można spędzić noc.

Petros – szczyt w Beskidach Wschodnich, jeden z najwyższych na Ukrainie – 2020 m n.p.m. z którego rozpościera się przepiękny widok na Karpaty Zachodnie i jednocześnie nie jest przeludniony tak jak Hoverla.

Na szczęście na szczycie były widoczne szlaki, które nawet się zgadzały z tymi na naszej mapie. Ten w kierunku Hoverli wskazywał 11 godz. marszu. Zeszliśmy czerwonym szlakiem prowadzącym do Kvasów. Po chwili czekała nas przeprawa przez bardzo stromą skarpę śniegu, która przysypała wąską ścieżkę wiodącą w połowie grani. W porównaniu z naszymi prigodami z dnia poprzedniego, dalszy powrót był spokojny, wręcz nudny.
Pozostała droga była tak długa, że musieliśmy po drodze zrobić namiot i spędzić kolejną noc na szlaku.


Kvasy – Rachów – Lwów

Dotarliśmy do cywilizacji! Kvasy, niewielka miejscowość, która do końca życia będzie nam się kojarzyć z oazą, której przez minione 2 dni pragnęliśmy. Przy zejściu znajduje się restauracja, prawdziwa ukraińska knajpa w której na chwile zagościliśmy. Po trzech dniach wysiłku i spożywaniu nie najlepszego jedzenia, zamówiliśmy wymarzony obiad i zimne napoje.

Kupując jedzenie przed wędrówką najlepiej porozmawiać z ekspedientką czy danie, puszka czy słoik jest smaczny. Jedną potrawą bardzo się nacięliśmy i niepotrzebnie trzymaliśmy ciężkie puszki w plecaku, których zawartości po prostu wyrzuciliśmy, bo nie przypominały smakiem niczego.


Każdy z nas zamówił dwu daniowy posiłek i do tego napoje. Z widokiem na nasyp kolejowy i duży ceglany wiadukt czekaliśmy na jedzenie. W pewnym momencie przejechał nasz pociąg – taki sam jak ten którym przyjechaliśmy, z klimatyczną spalinową lokomotywą. Cały skład na tle zieleni i wzgórza wyglądał tak malowniczo, że nie w głowie nam była nam myśl o dalszej podróży.
Po napojeniu się i zjedzeniu dwudaniowego bardzo sytego i przepysznego obiadu, za który zapłaciliśmy 90 UAH ~ 12 zł ruszyliśmy dalej, aby złapać transport do Rachowa, skąd mieliśmy pociąg dalej do Lwowa.

Do Rachowa mieliśmy na oko 15 km. Przy drodze stał przystanek na którym nie było widać rozkładu jazdy, ale życie zweryfikowało i zatrzymała się taksówka – stara klasyczna Łada z lat 80-tych.
Nasze zdziwienie było tak duże, że źle zrozumieliśmy kwotę za którą nas chciał zawieźć. Taxi z Kvasów do Rachowa kosztowało 20 AUH od osoby ~ 2,6 zł. Zdumieni kwotami jakie panują na Ukrainie upajaliśmy się chwilami spędzonymi w rosyjskim klasyku.

Z Rachowa wyruszyliśmy pociągiem do Lwowa, tak aby rano rozpocząć zwiedzanie tego pięknego miasta. Tym sposobem zakończyła się nasza prigoda z Górami Czarnochowy i niezdobytą Hoverlą, jednak mimo wszystko była to jedna z najlepszych naszych wypraw życia!

Więcej o Lwowie, jego atrakcjach i o tym jak się tam odnaleźć opisaliśmy w “Weekend we Lwowie“. Zachęcamy do zapoznania się z tym wpisem.

Nasza podróż w pigułce:

  • Przyjazd do Przemyśla – 28.04.18, 8:57
  • Przejazd do Medyki – 9:30-10:00
  • Przejście przez granicę – 10:00 (PL)-14:00 (UA) (13:00 PL)
  • Przejazd samochodem (prywaciarz) do Lwowa – 14:20 – 15:30
  • Przejazd pociągiem do Jasiny (Yasinya) – 15:45
  • Przyjazd do Jasiny – 22:48
  • Nocleg 28/29.04.18
  • Wejście na Petrosa 29 i 30.04
  • Zejście do Kvasów 30.04 i 01.05 – ok. 11:00
  • Przejazd do Rachowa – 13:00-13:30
  • Przeczekanie / zwiedzanie / Rachowa – 13:30 – 23:59
  • Przejazd pociągiem do Lwowa 02.05 – 00:52
  • Przyjazd do Lwowa 02.05 – 8:30

Jak widać nasza podróż nie była zbyt droga. Nie licząc jazdy polski PKP wydaliśmy:

  • 25 zł na transport do Lwowa (Marszrutka kosztuje niecałe 6 zł)
  • 9,88 zł x 2 – Przejazd pociągiem sypialnym w i z pasma Czarnochory
  • 43 zł – nocleg ze śniadaniem (można rozpocząć pierwszą noc od namiotu za 0 zł)
  • Taxi – 2,8 zł
  • Prowiant – ciężko oszacować; max. 50 zł

Razem: 142 zł | wersja ekonomiczna 65 zł za 4 dni prigody, którą życie co chwile weryfikowało.


Tak na mapach Google prezentuje się nasza trasa. Jak widać, nie jest skomplikowana, jednak jak się idzie pierwszy raz to jest bardzo dzika i niepewna. A przy dwóch niszczejących domkach należało skręcić w prawo 🙂
Do dzisiaj nie wiemy czy z tej polany był jakiś szlak, który by prowadził lepszą drogą.
Generalnie była to dla nas bardzo dobra przygoda, z którą możemy się z Wami podzielić.
A wędrówkę zaczęliśmy z tego miejsca: klik

Tekst: J

Hits: 442

  1. Danuta Wójcik

    Fantastyczny pomysł. Tak trzymać. Gratuluję.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *